sobota, 16 listopada 2013

You’re so peaceful when you sleep

Wciąż nie wiem dlaczego to tu wstawiam, ale wypadałoby coś dodać. No i padło na to. Mam nadzieję, że się wam spodoba. Wytykajcie mi błędy, mówcie co trzeba poprawić. Jestem nastawiona na krytykę. Uzasadnioną, oczywiście.
To dość stary one shot, wygrzebałam go z ukrytych folderów komputera (tak! Specjalnie dla was odpaliłam tego starego grata i się z nim męczyłam).
Dedykuję Jagodzie, bo to przez nią założyłam bloga.
Miłego czytania xx

~~

 
-Pan chyba żartuje – uniosła brwi do góry.
Jej ton sprawiał wrażenie jakby była rozbawiona. No cóż, przez chwilę była. Jednak niezaprzeczalnie dało się wyczuć cały żal i smutek jaki czuła.
-Nie możemy zatrzymywać go tu na siłę. To nic nie da. On... – facet w białym lekarskim kitlu spojrzał jej w oczy. Widziała w nich niepewność. Zastanawiał się jak dobrać słowa i czy powinien powiedzieć to co zamierzał.  – On już praktycznie nie żyje.
Aż zachłysnęła się powietrzem. Źrenice zmniejszyły się, a dłonie automatycznie zacisnęły w pięści. Wcześniejsze rozbawienie wyparowało równie szybko jak się pojawiło. Teraz obudził się w niej wściekły demon. Ukryte w głębi serca i mózgu szaleństwo zapragnęło się wydostać i już prawie osiągnęło swój cel. Słowa lekarza zadziałały na nie niczym płachta na byka. Psycholog zapewne powiedziałby, że to choroba psychiczna.
Stoi przed starym, drewnianym mostem z brakującymi deskami, pod nim majaczy się obłęd. Niebezpieczny, ale jednocześnie pociągający. Ucieczka od rzeczywistości. A ona, jak skończona idiotka z nieuwagą wchodzi na most. Przemierza po nim tanecznym krokiem nie zważając na odstraszające skrzypnięcia, czy spróchniałe deski. Jednak ciągle nie dosięga obłędu, brakuje już tak niewiele...
-On prze-ży-je – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Przeżyje! Słyszy pan? To tylko chwilowe. Po prostu musi odpocząć... Tak, tylko odpocząć – pokiwała głową. Bardziej próbowała przekonać siebie niż lekarza.
Nie mogła, i nie chciała, pogodzić się z myślą, że jej cały świat może tak po prostu zniknąć. Jej cały świat leży teraz w małym szpitalnym pomieszczeniu, przykuty do łóżka i podłączony do aparatury. Do aparatury, która żyje za niego.
Silna męska dłoń zacisnęła się na jej ramieniu.
-Proszę się uspokoić – mówił melancholijnym głosem. – Niech pani usiądzie i się uspokoi.
-Jestem spokojna! Jestem oazą spokoju. Pierdolonym, kurwa, zajebiście wyluzowanym kwiatem na tafli jeziora. Prawdę mówiąc, jestem wyluzowana jak wagon pełen pierdolonych, medytujących tybetańskich mnichów! – wyrwała ramię z uścisku mężczyzny.
Zaczęła przemawiać przez nią wściekłość. Wszystko inne zeszło na dalszy plan, nawet szaleństwo. Oddały swoją siłę wściekłości i to ona teraz rządziła jej ciałem. Tak się dzieje, kiedy traci kontrolę. Złość wychodzi na wierzch i nad nią nie panuje. Gdy to się dzieje, nie decyduje co mówi czy robi. Robi to bezmyślnie, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.
Odwróciła się na pięcie i wybiegła z gabinetu. Trzask z jakim zamknęła drzwi z pewnością słychać było na kilku piętrach. Biegła przed siebie. Świat wokół stawał się coraz bardziej zamazany, a jej policzki coraz bardziej mokre od słonych łez. Zabawne. Była przekonana, że wypłakała już wszystko przez poprzednie dwa dni. A tu taka niespodzianka. Zaśmiała się histerycznie, opierając o ścianę.
Dotarła w ślepy zaułek. W pobliżu nie było ludzi ani żadnych pomieszczeń. Szpital to tak cholernie przytłaczające miejsce. Jest od tego, aby pomagać ludziom, leczyć ich, jednak zawsze kojarzy się z bólem i śmiercią. Nic dziwnego. W powietrzu, oprócz środków czyszczących, czuć było cierpienie. Śmierć czaiła się w każdym zaułku. Czy to pod postacią raka płuc, czy zwykłego przeziębienia. Albo śpiączki.
Wytarła oczy rękawem koszuli. Momentalnie pojawiły się na nim mokre słone plamy. To już kolejna koszulka zabrudzona przez jej łzy. Ciągle płakała z tego samego powodu, jednak wcześniej powstrzymywała łzy dzięki nadziei. Jednak już nawet to jej odebrano.
Czasem po prostu chciała się do niego przytulić, bez żadnego konkretnego powodu. Pójść do parku, gdzie w promieniach słońca mienią się różnymi kolorami jesienne liście. Usiąść pod drzewem i patrzeć w niebo. Powiedzieć coś, cokolwiek, bo wiedziała, że może rozmawiać z nim o wszystkim. Spojrzeć w jego oczy, gładzić dłoń, dotykać jego twarzy, ust, pocałować. Poczuć się jak mała dziewczynka, bezbronna istota, bezpieczna w jego ramionach. Chciała zapomnieć o tym co było, żyć chwilą obecną. Pragnęła usnąć wtulona w niego, budzić się słysząc własne imię płynące z jego ust. Czuć, że jest mu potrzebna. Wiedzieć, że jest jedyna.
Dostała to. Dbała o tę miłość, uważając ją za dar. Bo była darem. Nikt nigdy nie uwierzyłby, że dwoje tak skrajnie różniących się od siebie ludzi, jest w stanie kochać się na zabój. Do grobowej deski.
A teraz? Nie ma nic. Chcą jej to odebrać. Odebrać jego, jego ciało, miłość, ciepło. Będą mówić, że są wspomnienia, że jest pamięć o nim. Nic nie będzie. Tylko wielka, czarna otchłań. Ona będzie tą otchłanią. Ona – puste ciało po dziewczynie, która kiedyś kochała.

Ciepła, sierpniowa noc. Na niebie jest o wiele więcej gwiazd niż zwykle. I świecą o wiele jaśniej. To one oświetlają nam drogę, dzięki nim nie potykamy się i nie upadamy.
Ja i Ji Yong.
Nasz śmiech odbija się echem od ścian budynków. Biegniemy pustą uliczką na obrzeżach Seulu. W końcu dobiegamy do celu. Zmęczeni, ale wciąż szczęśliwi. Przez chwilę stoimy przed drzwiami mieszkania G-Dragona, po prostu się do siebie uśmiechając. Bez żadnego powodu. W końcu wchodzimy do środka mocno trzymając się za ręce. Ten gest jest obietnicą. Nagle potykamy się o własne nogi i lądujemy na podłodze. Kwitujemy to nową porcją nieopanowanego śmiechu.
Pierwszy odezwał się on.
-Kocham cię. Jesteś dla mnie wszystkim - czuję jego wargi na swoich.
Niby doskonale o tym wiem. Wszystkie nieme obietnice i zapewnienia, które zostały złożone podczas pocałunków, czy wspólnego milczenia. Jednak pierwszy raz głośno wypowiada te słowa. Oszołomiona oddaję pocałunek. Jestem w stanie wyksztusić tylko kilka słów.
-Ja też cię kocham, Ji Yong.


Siedzimy w salonie, oglądając kiczowatą komedię romantyczną. Jednak żadne z nas nie skupia uwagi na filmie. Leżę na kanapie z głową na jego nogach. Delikatnie bawi się moimi włosami, a ja uważnie przyglądam się jego twarzy. Chcę znać ją na pamięć, niczym własną. Chcę zamykać oczy i widzieć ją z wszystkimi szczegółami, tak jakby Kwon stał tuż przede mną. Mimowolnie wykrzywiam wargi w nikłym uśmiechu. Wtedy on odrywa wzrok od telewizora i skupia go na mnie. Marszczy zabawnie brwi, a między nimi pojawia się małe wgłębienie. Je także uwielbiam. Uwielbiam w nim wszystko.
-Co? – pyta.
Na dźwięk jego głosu przeszywa mnie dreszcz. Nie odpowiedziałam.
-Mam coś na twarzy? – dopytuje.
Podnoszę rękę. Najdelikatniej jak potrafię dotykam dłonią jego policzka. Uśmiecha się lekko, nieco zakłopotany.
-Właściwie... Dlaczego mnie lubisz?
Zakłopotanie zmienia się w zdziwienie.
-Dlatego, że jesteś tak popaprana jak ja.
Pochyla się i składa na moim czole ledwo wyczuwalny, motyli pocałunek.


Słysząc głosy starała się uspokoić. Mimo usilnych prób z jej gardła wydobył się jeszcze głośniejszy szloch. Zdesperowana niemal włożyła sobie pięść do ust, aby nie było nic słychać. Jej próby poszły na marne. Na pewno było tam kilka osób, bo jedna z nich uciszyła resztę słowami „Cicho! Słyszycie to?”. Potem rozległy się szepty, a w końcu szybkie kroki, które robiły się coraz głośniejsze. Znała ten głos. Aż za dobrze wiedziała kto się zbliża. Myślała, że nie chce ich tutaj, że nie chce nikogo. Ale to nie była prawda. Po prostu wtedy nie zdała sobie z tego sprawy.
Nagle w zaułku, w którym się zaszyła, pojawiły się cztery cienie. Nie musiała unosić głowę, aby wiedzieć kto to. Podeszli w milczeniu. Na początku widziała tylko ich buty, ale potem ukryła głowę w ramionach i nastała ciemność. Któryś z chłopaków siłą rozchylił jej ręce, a potem złapał za podbródek i zmusił do spojrzenia na niego. Seungri. Kucnął, aby być na równym poziome z nią. Ze zdumieniem zauważyła, że jego oczy są zaczerwienione i spuchnięte. Jakby płakał. Każdy z nich tak wyglądał.
Uświadomiła sobie, że oni także cierpią. Że nie straciła kogoś bliskiego jako jedyna. Zachowywała się jak egoistka. T.O.P, Seungri, Daesung i Taeyang. Najlepsi przyjaciele G-Dragona, a także jej. Całkiem o nich zapomniała, zatracając się w smutku i wściekłości. Idiotka.
Wyciągnęła przed siebie ręce, jak małe dziecko, które chce aby ktoś zaczął je nosić. Seungri wstał z klęczek. Mocno pociągnął ją ku górze, a gdy już stała przytulił. Przywarła do niego z całej siły. Poczuła się trochę lepiej. Jakby... bezpieczniej?
Ukryła twarz we wgłębieniu na jego szyi. Płakała razem z Seungrim. Jego łzy spływały po jej karku. Do uścisku dołączyła reszta zespołu. Trwali tak, spleceni ze sobą, w nieskończoność. Nikt nie wiedział ile czasu minęło. Pięć minut? Godzina? Zapewne gdyby ktoś zobaczył ich tutaj, płaczących sobie w rękawy i śmiejących się histerycznie na zmianę, pewnie pomyślałby, że uciekli z wariatkowa.
-Chłopaki? Mam do was prośbę – jej głos był zachrypnięty i matowy. Kompletnie bez wyrazu.
-Hm? – T.O.P pierwszy spojrzał na nią i się odezwał.
-Możecie dać mi jakiś alkohol? Wódka, gin, rum, tequila, burbon, scotch. Wszystko jedno. Po prostu dajcie mi drinka. Dobrego, mocnego alkoholowego drinka. Mówię sobie, że chcę tylko jednego, ale wiem, że to nieprawda. Chcę, kurwa, pięćdziesiąt!
-Dobrze. Idziemy się napić – oznajmił Daesung.

Idealnie białe ściany, wszystko co ją otaczało było sterylne i czyste. I przerażające. Szczególnie ta cisza. Nikt nic nie mówił, nigdzie nie grał telewizor. Co jakiś czas gdzieś dalej rozlegały się przytłumione kroki, ewentualnie szepty. Brzmiały tak, jakby od ich źródła oddzielała ją szyba.
Drzwi otworzyły się bez jakiegokolwiek skrzypnięcia. Z sali wyszedł Taeyang. Jego oczy błyszczały od łez. Poderwała się z miejsca i ruszyła w jego stronę. Położył jej rękę na ramieniu. Przykryła ją własną dłonią wypuszczając powietrze ze świstem. W końcu ominął ją, spuszczając głowę. A ona ciągle stała w tym samym miejscu patrząc na drzwi z pewnego rodzaju wyrzutem. Jakby to one były sprawcą tego wszystkiego, a nie pijany facet, który wsiadł za kierownicę i spowodował ten cholerny wypadek. On przeżył. Skończyło się tylko na kilku zadrapaniach. Jej także nic nie było, nie licząc obolałej kostki i pękniętego łuku brwiowego.
Ale jej kochany, jej cały świat, jej Ji Yong... On po operacji zapadł w śpiączkę. Jego narządy, jeden po drugim, przestawały pracować. Serce biło tylko dzięki maszynie. Oddychał tylko dzięki maszynie. Był jak roślina. Zatrzymywany tutaj na siłę. Lekarz wszystko im wyjaśnił. Odłączą go od całej aparatury. Nic nie poczuje. Po prostu odejdzie.
Potrząsnęła głową. Zrobiła duży krok i otworzyła drzwi. Patrzyła w podłogę. Dopiero kiedy znalazła się przy jego łóżku odważyła się podnieść wzrok. I, ku wielkiemu zaskoczeniu, uspokoiła się. Patrzyła na jego równie spokojną twarz i uśmiechała się. Jasne włosy tworzyły wokół głowy aureolę. Przefarbował się na blond, bo lubiła go w tym kolorze. Ręce leżały bezwładnie wzdłuż ciała. Chwyciła jego dłoń. Splotła ich palce razem, tak jak zawsze.
-Wiesz co, kochanie? – najpierw usiadła, a potem położyła się na boku tuż przy nim. – Mam wrażenie, że to tylko sen. Tak bardzo chciałabym, aby to wszystko tylko mi się śniło. A potem poczuję twoje usta na moich i się obudzę. Pierwszym co zobaczę, będą twoje piękne oczy. Takie radosne. Będą w nich tańczyć jasne iskierki. I znów będę zastanawiać się skąd w tobie jest tyle energii – pociągnęła nosem. Znów się rozkleja. – Zapytasz czy zrobię ci śniadanie. Zapytasz tylko z przyzwyczajenia. I tak bym ci je zrobiła. Potem będziemy jeść razem w kuchni. Może w ciszy, może rozmawiając o jakiś bzdetach. A potem ty poparzysz sobie język herbatą. Zawsze tak robisz. Bierzesz pierwszy łyk nie czekając aż wystygnie. I jesteś autentycznie zdziwiony. Będę się z ciebie śmiać, po chwili pocałuję. Powiesz, że przestało boleć... I... – przerwał jej szloch. – Będzie tak jak zawsze... Każdy zajmie się swoimi sprawami, swoją pracą. Spotkamy się dopiero wieczorem... Powiemy sobie jak minął nam dzień, zjemy kolację przed telewizorem... I zaśniemy. Wtuleni w siebie...
Dwa strumienie płynęły po jej twarzy. Krople kapały na szpitalną pościel. Gładziła jego policzek.
-Ale tak nie będzie. Jutro obudzę się przez dźwięk budzika, nie czując ciepła twojego ciała...– odgarnęła włosy z jego czoła.
Był kimś, kto wyciągnie ją na spacer w deszczu, pocałuje na środku ulicy, pociągnie ze śmiechem za rękę, ogarnie mokre włosy i powie jak pięknie jej w nich. Był kimś kto zadzwoni w środku nocy po to, by powiedzieć jak bardzo chciałby z nią teraz być. Był kimś kto ściągnie płaszcz w zimie, gdy ona będzie dygotać z zimna, kimś kto włoży jej ręce w swoje rękawiczki i pocałuje w czoło. Obdarowywał ją głębokimi spojrzeniami, dotykiem, pocałunkami, tymi prostymi, bez pożądania, ale i tymi, przy których zapominała, że istnieje świat wokół.
-Zaśpiewajmy ostatni raz naszą piosenkę, dobrze? – zapytała, nie spodziewając się odpowiedzi. Nie dostała jej. - And I wonder what you’re dreaming of. You’re so peaceful when you sleep – zakryła usta dłonią, czując, że coś ściska ją za gardło. Histerycznie dotykała jego twarzy. Tak dobrze ją znała. Nie mogła zapomnieć. - And if I ever lose my power to fly. Then your love takes me high.
Dotknęła jego warg swoimi. Czuła słony smak własnych łez, czuła jego nieruchome usta. Wiedziała, że to już ostatni raz kiedy ma okazję go pocałować.
-Tak naprawdę kochałam tylko raz... – wyszeptała w jego usta. – Będziesz pamiętać, że cię kochałam?





2 komentarze:

  1. Genialne, eeee najlepsze opowiadanie jakie czytałam :o Lepsze od niektórych książek

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam jak przynipsłaś je do szkoły czytałam to na matmie chyba z 4 razy. Zajebisty ♥

    OdpowiedzUsuń